Rozdział 10 z 29
Akim-śruba
W naszym akademiku mieszkali tylko oficerowie — kawalerowie drugiej grupy, grupy prób horyzontalnych (autonomicznych i kompleksowych). Około 30 lokatorów. Ludzie byli bardzo różni, od odosobnionych intelektualistów po rozpustnych hulaków. Ale wszystkie relacje, samo powietrze w akademiku, były przesiąknięte odpowiedzialnością i przyjaźnią mężczyzn, połączonych nie fałszywymi, zamkniętymi hasłami, lecz wspólną poważną pracą. A ponieważ skład oficerski grupy w 90 procentach składał się z młodzieży, w akademiku non stop brzmiała muzyka, ktoś głośno rechotał albo rechotała cała sala, stukał bilard albo na końcu korytarza jakaś para, mając na sobie rękawice, bokserowała przed jednym lub dwoma widzami.
W pokoju mieszkaliśmy we trzech: ja, porucznik Wadim Fylipow, partyjne przezwisko „Baron” (on chyba był prawdziwym Cyganem) i kapitan Kolja, nazwiska nie pamiętam, ale przezwisko „Małec”. Bardzo cichy i dobry chłopak, zupełnie niskiego wzrostu. Żyliśmy bardzo zgodnie, kapitan miał pokój na „dziesiątce” i przyjeżdżał nocować nieczęsto. Ale pewnego razu nie pojechał do miasta i na następną noc został, a w powietrzu pokoju dosłownie poczuł się zapach prawdziwej nafty. Nic nie zrozumiałem, a Baron domyślił się — to nasz Małec po cichu na noc smaruje swój „pach” i przybory naftą. Wrócił przecież niedawno z delegacji do Kujbyszewa, jechał z wartą do zakładu „Postęp” po rakietę i przywiózł stamtąd przy okazji i owady od tamtejszych pań! Natychmiast, po „przesłuchaniu”, Małec został położony na łóżku, związany ręcznikami za ręce i półpoważnie odkopany. Krzyczał głośno, ale nie gniewnie. Następnego dnia powtórzono. Był jednak niezwykłym towarzyszem. Szkoda, że wkrótce głupio zginął pod kołami ciężarówki — docierał nocą przejściami do miasta, głosował na skrzyżowaniu przy drugim KPP, oślepiła go pierwsza ciężarówka, zrobił jeden krok za dużo i przyjęła go druga…
A jednak życie młodzieżowe bierze swoje, a kiedy w weekendy z powodów uznanych za uzasadnione w akademiku zostają albo zatrzymują się tacy giganci hulanki jak Misza Podpłow, to robi się wielki cyrk. W piciu Misza zawsze tańczył ze szafą. Standardowa szafa, keczewska, trzyskładana — we dwóch nie podniesiesz. Ale nie dla Miszy. Mściwy, cholernie zdrowy! Średni wzrost, ale szeroki w ciele i całkiem wyrazisty w twarzy. I miłośnik picia, żartów. O miłośnikach sek’i i preferansu nie potrafię opowiedzieć, nie grałem. Choć pośrednio uczestniczyłem, jako sponsor. Jeśli gracze w karty wiedzieli, że mam pieniądze, to w noc grania, choćby zamykali drzwi na klucz, prosili o pożyczkę przy przegranej. Niektórzy przegrali w jedną noc po 2, a nawet po 3 wypłaty, bo i tak byli za darmo obżerani.

A to nasz „Fara”.
Nigdy nie przegrywał w sece tylko Farid Muhammadov. Najbardziej utalentowany człowiek w wielu sprawach, nie tylko w grach. Fara prowadził tajną (przed dowództwem) noteskę, w której zapisani byli jego dłużnicy. Kiedyś pokazał mi jakąś jej stronę ze skrótami i cyframi z dopiskiem: „a to będzie mamie telewizor”. W tych walkach o 21 punktów Fara godnie reprezentował grupę punktu radiowego sterowania. (Napisał — radiosterowanie — i znowu przypomniały mi się cudowne dni w towarzystwie Ambrasuchy). Pamiętam Alika Kosti kow, też zapalczywego gracza w karty. To on mnie uczył, jak pić spirytus „z podkładką”. Najpierw robisz łyk lodowatej wody, ale jej nie połykasz, tylko trzymasz w ustach. Potem spokojnie wypijasz stówkę spirytusu, bez męki dopełniając to porządnymi łykami wody z karafki albo kubka. Alunia niespiesznie wykonywał cały rytuał przygotowania do ceremonii picia, precyzyjnie, bez pośpiechu kroił słoninę na bardzo cienkie plasterki i układał ją na chlebie. Kawałki chleba układał na talerzu, nalewał nie do pospolitych szklanek, tylko do miniaturowych kieliszków. Potem następował właściwy proces…
Później los, a dokładniej rozkaz jednostki, połączył mnie z Genną Domantowiczem. Jako oficer punktu radiowego sterowania Gena mieszkał w dwuipietrowym akademiku, był bardzo niezależny, w wesołych towarzystwach nie był widziany, czyli rano nie pił zimnej wody, ale robił obowiązkowy bieg wokół osiedla w cudownym jasno-błękitnym trikotu.1 A tym poleceniem przydzielono mnie do grupy wsparcia kontroli partyjno-gospodarczej albo czegoś podobnego, równie nienaturalnego w nazwie. Grupę prowadził kapitan Sawiński Wasilij Wasiljewicz. Także z Genną przeliczaliśmy prosiaki w chlewni, konserwy w magazynie i przebieraliśmy masło w stołówce. I zawsze to było nagle. I pozostaliśmy na zawsze bezpartyjni. I spotykamy się już wiele lat w mieszkaniu Gennadii w Moskwie trójką „odszczepieńców”: Lewa Kostiuk, Gena i ja.

Lew, Wania Sołnciew, Witia Sysojew. Czwartego już zapomniałem. (na mieszkaniu Gennadii). A najgłośniej ze wszystkich śmieje się Lena Mieszczerjakowa.

Jedno z spotkań turatamców na mieszkaniu Gennadii. Na górze Szerseń, Lew Kostiuk i Wania Sołnciew. Niżej Łusia Szerchawaja, Świeta Sołnciewa, Lena Mieszczerjakowa i Galia Sysojewa. Na podłodze ja i Gena. Nie widać Witi Sysojewa i Tani Kostiuk.


Rok 2011, to samo mieszkanie, ale już siwiejące, wygolone i w innym wystroju. Gospodarz mieszkania jest przekonany, że i tak da się tam żyć.
Najciekawszym i dla większości najatrakcyjniejszym był pokój na jednym piętrze akademika zamieszkany przez Dymę Tropinina, czyli „Tropinin”, i Sławą Akimowa, czyli „Bolt”, „Bolta”, „Szeryszyłka”, „Kolotucha”, „Anakonda”, „Samiec”, „Zadwiigajło”, „Gigant”, i to nie jest pełna lista jego przezwisk. Później do tego pokoju dosiedlił się Tolja Kornie nko, czyli „Róg”. Częstym i pożądanym gościem pokoju był Albert Mikołajewicz Kowryga, szef Dimentia i Toli, kapitan z floty, absolwent petersburskiego WWMURĘ. Doskonały towarzysz i niezrównany mistrz opowiadania anegdot.

U Łudy i Alberta, luty 2012 roku.
Wszyscy oni zajmowali się przygotowaniem pokładowego radiorozszerzenia rakiety w MIK-u. A Sławik pracował z aparaturą NS, BS i RKS: normalna stabilizacja, boczna i regulator pozornej prędkości. Kompetentny specjalista, oczytany, interesujący rozmówca, bardzo delikatny w kontaktach i strasznie podejrzliwy. Uważnie i z niepokojem, każdego dnia pilnuje swojego zdrowia i co szczególnie zaskakiwało — swojego nastroju. „Mam bolące korzenie” — jego stała skarga o swoje włosy do każdego, kto wchodził do pokoju. A jeśli chodziło o większe organy, wiedział o nich wszystko. Był średniego wzrostu, szczupły, lecz wielki znawca i miłośnik dysput o relacjach płci. Duży specjalista, ale teoretyk. A u Akima (z naciskiem wyłącznie na pierwszą literę) był dobrym przyjacielem Wowa Deniszowa, też Denisa, też Człowieka Wielkiej Twarzy. Łysy był jak Lenin. Denis przygotowywał pokładowe przyrządy żyroskopowe podczas autonomicznych prób.
Otóż ten Den, aby zdenerwować Sławika, przy okazji zebrania ludności przychwytująco pochwalił rzekome wybitne rozmiary penisu Sławikowa, czym i osiągnął cel. Sława jak zwykle zaprotestował swoim żałosnym głosem. Dlaczegoś ten niewinny żart wszystkim nie tylko się spodobał, ale stał się początkiem dosłownego nękania nieszczęsnego starca. Doszło do tego, że każdy młody porucznik mógł podejść do Sławy i niemal nie klepiąc go po plecach z troską zapytać: „A jak zdrowie naszej Kłotuszki?” Na co Sława zawsze skarżył się żałośnie i trochę nosowo: „No cóż wy chcecie?” Co jeszcze bardziej podżegało kolektyw.
A tu nasi poczciwi polityjcy tworzą aleję honoru i postanawiają ulokować ją za Domem Oficerów, gdzie jest ogromny plac z rabatami pięknych kwiatów i asfaltowymi alejkami. Wzdłuż tych ścieżek ustawili duże portrety przodowników namalowane przez dobrego artystę, oprawione w metalowe ramy na wysokich stojakach. Dosłownie drugiego dnia pod Sławinym portretem wisiał na drucie olbrzymi śrub. Ku wspólnej radości.

Trzeci od lewej, en face, Sławik Akimow. Za nim Jurij Nemykin, Lew Kostiuk, Dima Tropin i Kolja „Małec”. Na ślubie „Szerzenia”.
A natychmiastowa opowieść o porannym mocjonie Toli Kornieńki w pokoju Akima na „dziesiątce”?
Sława, jako przodownik, dostał pokój w wielorodzinie na parterze i na swoje nieszczęście pozwolił Toli, naszemu gusarowi i babnikowi, przespać się na podłodze. Nic szczególnego, zwyczajna niedzielna, kawalerska sytuacja. Ale skutki były straszne. Mało tego, że Tolia ze strasznym hałasem w środku nocy wlazł do pokoju przez okno, zrzucając z parapetu na podłogę 20-kilogramową ciężarkę podpierającą skrzydło, pozwolił sobie rano, gdy całe mieszkanie zbierało się na „motowoz”, wypuścić wiatr głośniej niż orkiestralny suzafon. Po-gusarzowemu. W półomdlewaniu A kim pada na łóżko i, chwytając się za głowę, jęczy: „Jak ja teraz wyjdę z pokoju? Tam przecież ludzie!”
Wiosną 63-go jedziemy we trzech, Tropin, Akimow i ja na „dziesiątkę”, i kupujemy sobie rowery HWZ „Tourist”, tak zwanego typu lekko-drogowego. Przeglądamy, serwisujemy i zaczynamy jeździć w obrębie 32 i okolic. Zaraz po tym decyduję się w najbliższy odpuszczony dzień ruszyć na „dziesiątkę” na własnych kołach. Normalnie, najważniejsze to wyjeżdżać wcześnie, zanim zapanuje upał. I żeby nie było wiatru. Mój rekord 1 godzina 47 minut. Były i nieudane wyprawy, wracałem z powodu silnego wiatru czołowego. Przegrzewałem się — zbyt późny wyjazd i z powodu żaru jechałem powoli, około cztery godziny. A kiedyś wpadłem na pomysł, by po drodze sprawdzić swój aparat przedsionkowy, tak powiedzieć, na odporność drogową. Jak długo można przejechać z zamkniętymi oczami? Po prostu zmęczyło mnie wciskanie stawów palców na wielkim ilości osiadłego porannego asfaltu. Zacząłem eksperyment od krótkich interwałów, spodobało się. Wydłużałem interwały, aż przy pełnym pędzie stoczyłem się walcem w dół stoku. Jak na złość, w tym miejscu była rynna. I cały mój czysty i nasmarowany rower razem z siodłem zakopał się w piasku. Głupek! Ale generalnie rower to naprawdę przydatna rzecz, urozmaica życie. Później bywał użyty w procesie uwodzenia przyszłej żony.
Nastały sześćdziesiąte lata, w Związku trwało pewne ocieplenie, ludzie z zapałem czytali „Jeden dzień Iwana Denisowicza” — cud i odwagę Aleksandra Twardowskiego, który wydał to na świat, oraz śpiewy Bułata Okudżawy. Ponieważ wszystkie lata szkolne bez wyjątku przeżyłem za drutem kolczastym, gdzie ojciec pracował w tajnych miastach Ministerstwa Średniego Przemysłu Maszynowego, a tam w pierwszych latach masowo wykorzystywano niewolniczą pracę więźniów, więc często widywałem te ponure twarze w wielotysięcznych kolumnach pilnowanych przez rumiane żołnierzy z owczarkami. I lektura opowiadania odświeżyła wspomnienie o litości mojej mamy dla nieszczęśników, jak wtedy posyłała mnie na budowę bloku, by zanieść im chleb i szynkę. (To było w 49m albo 50m roku w Czelabińsku-40). Teraz już wiem, mam nadzieję, wiem skalę represji, ale i teraz nie rozumiem, skąd wtedy, w latach sześćdziesiątych, wzięło się oczekiwanie jakiegoś nowego, bardziej otwartego życia, jakichś zmian po samym tylko przeczytaniu zupełnie niewinnego opowiadania w kolejnym numerze „Roman-gazety”. I ogólnie trzeba dziękować losowi, który rzucił mnie na poligon, na przedni front nauki, z jej naturalnym demokratyzmem i człowieczeństwem relacji, a nie do jakiejś zwykłej jednostki.
Przypisy
-
Niezależny, zajęty i nawet wydawał się sztywny. Teraz to najbardziej gościnny, hojny na napoje gospodarz „maliny” na ulicy Czeliuskiniec, miejscu regularnych zbiórek „bezpartyjnych łajdaków”.
↩