Rozdział 5 z 29
Miasto nad Angarą
Krótko mówiąc, pod koniec lipca zgrana szóstka chłopaków z mojej szkoły ruszyła do Irkucka. Przez całą dobę prażyliśmy się w wagonie, więc zaraz po przyjeździe pobiegliśmy wykąpać się w Angarze. Spotkała nas niemiła niespodzianka: woda w rzece była lodowata, zupełnie inna niż w naszym Jeniseju. Nie dało się wejść głębiej niż po kolana.




Irkuck

Zakwaterowano nas w obozie namiotowym, w pięknym brzozowym zagajniku przy lotnisku. Przygotowania do egzaminów, jakieś prace społeczne z miotłą, a przede wszystkim — obserwowanie startów i lądowań samolotów. Co za upajający ryk silnika odrzutowego! Wybiegałem na pas, żeby dotknąć betonu pooranego śladami spalonej gumy. Mieszkaliśmy w dziesięcioosobowych namiotach wojskowych. Nocami wstawaliśmy z Siergiejem i urządzaliśmy psikusy: chrapiącym wciskaliśmy do nosa pastę do zębów albo wkładaliśmy tam zapaloną wcześniej papierosę. Leży taki chrapacz i puszcza dymek, a my pękamy ze śmiechu.

Pod koniec sierpnia przyszły egzaminy i końcowy bieg na 1 km. Ruszyłem ze startu pewien, że ukończę go w czołówce, bo uważałem się za doskonale przygotowanego. Do mety dotarłem ostatkiem sił niczym posłaniec spod Maratonu, po czym padłem i zwymiotowałem w krzakach. Wszystko z wycieńczenia: przez miesiąc żywiłem się niemal wyłącznie lemoniadą, kołaczami i piernikami z polowego bufetu. Wszyscy chodzili do żołnierskiej stołówki, a rozpieszczone maminsynki raczyły się słodyczami i lemoniadą. Oto dorosła samodzielność! Surowa lekcja na przyszłość.

Główne wejście do IWATU
W przyjętych zostało nas dwóch: Siergiej Legkow i ja. Siergiej miał uczyć się silnika i płatowca, a ja obsługi elektrycznej lotniczej aparatury. Najpierw nakarmili nas obiadem według normy kadetów. Dla kucharzy sztandarowym daniem był pilaw i naleśniki. W pilawie grube kawałki wieprzowiny, a naleśniki potrójnej grubości. Przystrzygli nas, umyli i przebrali w mundur oraz buty. Dopiero wtedy zadziałał efekt uniformu — od razu trudno było odszukać Siergieja w jednorodnym tłumie kursantów. I od pierwszego września zajęcia.

Umieszczono kursy według plutonów w ogromnym, trzykondygnacyjnym budynku, byłych koszarach szkoły podchorążych1, w układzie litery „P”. Moja, druga rota, była na drugim piętrze. Jeszcze kilka podobnych budynków opasało wielki plac w formie litery „P”. Niedaleko stołówka, obiekty gospodarcze, kotłownia, posterunek. Personel oficersko-dydaktyczny był ulokowany w pobliżu budynków szkoleniowych, około kilometra od naszych koszar. Dalej sanepid i wartownia. Całość połączona była brukiem wyłożonym wysokimi topolami. Wiele barwnej, pokazowej agitacji o tematyce lotniczej. Wszystkie kosze były z wyciętych małokalibrowych bomb lotniczych. Huśtawki dla dzieci na osiedlu oficerskim zrobiono z wiszących zbiorników paliwa, takie aluminiowe rakieto-torpedy z wycięciem pod siedzenie dziecka. Wszystkie budynki i drogi były niemal przyklejone do lotniska. Na dachu naszej narożnej koszarowej budowli paliła się mocna czerwona latarnia osi pasa startowego, a wszystkie lądujące i startujące samoloty ryczały, prawie muskając dach rozstawionymi albo jeszcze nieschowanymi podwoziami. Tak wyglądało to pierwsze dni. Strachu nie było, ale ryk silników robił wrażenie. W nocy rzadziej, a za dnia ta muzyka dźwięczała co pięć–dziesięć minut. Z czasem przestałem nawet podnosić głowę, przywykłem. I nie przeszkadzało to w śnie.
I poszła, zamieszała się nauka-służba.
Druga rota, drugi pluton. Dowódca roty major Wasilewski (Kostia), dowódca plutonu kapitan Sayfutdinow (Sayfut).
Kostia był świetnym wzorcem musztry, aroganckim i pazernym dandyssem, a Sayfut wyglądał na zatwardziałego. Dowódcą batalionu był podpułkownik Borysow. Kostia Wasilewski wobec zawinnego kursanta robił straszne, nieruchome oczy, które nieodrywalnie biegały z głowy do nóg nieszczęśnika i z opóźnieniem dręczyły, wypalały winnych przytępionych spojrzeń. Jednocześnie jakby zniekształcał twarz w bestialską grymasę i głośno zaciągał powietrze przez ściskane zęby. Wypalał. Najpewniej tak patrzył na niego ojciec albo ktoś z przełożonych. Świetnie i z przyjemnością prowadził musztrę na paradach, stojąc na czele naszej roty.
Najpierw nauczono nas kłaść się spać i wstawać z snu do szyku. Norma wynosiła 45 sekund i 1 min 20 sek odpowiednio. Każdego wieczora po dziesięć razy. I jak tylko nie złamać nóg, skacząc przez łóżka i taborety, wykonując komendę „odbić!”?
Okazało się, że nie potrafię wstawać o północy i dalej świadomie przejmować służby, na przykład wartownika wachtowego po rocie. Budzą mnie, wstaję, ubieram się, a gdy ten, kto mnie obudził, odchodzi, automatycznie wpada mi sen i od razu od razu zasypiam. Naturalnie budzą mnie już mniej delikatnie, ale by uzyskać moją normalną reakcję. Wyleczono tę przypadłość w jedną noc.
7 listopada 1958 roku złożyliśmy przysięgę i od tego momentu stałem się posiadaczem osobistego automatu, torby na naboje z dwoma zapasowymi magazynkami i maski przeciwgazowej z kompletem OKZ. OKZ — ogólnowojskowy zestaw ochronny — worek ze skarpetami-bahillami, rękawicami i płaszczem-nakryciem. Nauka, strzelania, musztra, wartownia i dyżury.
Matematyka, fizyka, materiałoznawstwo, wytrzymałość konstrukcyjna i marksizm-leninizm, niech to będzie piekło. Wykładał to pułkownik Shagimardanov. Ogromny Tatar albo Baszkir. Ortodoksyjny czystej krwi. A władza w tym kraju była wtedy w rękach gadatliwego stalinizmu- służalca, nagle oświeconego demaskatorem kultu, dalej przyginał lud, robiąc drobne pokazowe ustępstwa. Trochę żartował i pchał wielogodzinne wykłady, żeby głębiej to wszystko przyswoić.
Tak więc ten półuczony wykładowca od razu przyłożył się do mnie z głupimi pytaniami o istotę „świętych” pism zmarłych wodzów. Nie przyswoiłem od razu twierdzenia o skokowym przejściu socjalizmu z jednej fazy w drugą. I dalej, i dalej: Stalin, Lenin, przywódcy, inspiratorzy i prowadzący wszystkim wszystkim zwycięstwom, a równocześnie zaprzeczanie roli jednostki w nowoczesnych marksistowskich talmudach. Wątpiący kursant to sam sobie podejrzany! W ogóle jakbym nie trafił mu w oko. Przez cały kurs denerwował mnie bezlitośnie. A co by on zrobił ze mną pięć lat wcześniej?
Pamięć zachowała też komiczny moment wkuwania tego właśnie marksizmu. Bardzo łatwo i od razu zalecano zapamiętać skład znanych teoretyków „Grupy Wyzwolenia Pracy”. Z pierwszych liter nazwisk, dokładnie pięciu członków: Plechanow, Ignatow, Zasulicz, Dejcz, Akselrod.
Nie rzadziej niż raz w miesiącu ćwiczebne alarmy. W środku nocy, częściej nad ranem, najprzyjemniejszy sen przecina krzyk „Rota! Alarm!”. A ja byłem jeszcze patronoszący. Trzeba było ubrać się, uzbroić, założyć całą amunicję z rękawa do płaszcza i chwycić dwudziestokilogramowe pudło z nabojami, żeby w hałaśliwym tłumie wystrzelić z drugiego piętra na plac i nie odpaść od biegnącej w noc ciemność roty. To wszystko dzieje się w wrzasku, z przekleństwami. Po szerokiej klatce schodowej ze szczytu sypie się lawina uzbrojonych ludzi obwieszonych amunicją, wspieranych ze wszystkich pięter. Torbę z amunicją kładziesz komuś na plecy i tylko podtrzymuj, by nie upuścił, choćby wrzeszczał. Dwa przejścia i już się męczy. W oddziale dwa byli patronoszący i jeśli alarm miał długi bieg, to z partnerem mieliśmy pasy, za które wygodniej biec, trzymając pudło we dwóch.
Przeszliśmy pełny kurs żołnierza nowicjusza, łącznie z kopaniem, wykopaniem pełnoprofilowego okopu z leżącej pozycji pod pozornym ostrzałem przeciwnika (czujnym okiem i wrzaskami instruktora). Trzeba było też to przejść.

Na zajęciach politycznych straszono zdradliwością i chciwością otoczenia imperialistycznego, wzmacniając skuteczność mądrymi cytatami z Ilicha w formie plakatowej. Coś w rodzaju: „Wzmacniać (coś, nie pamiętam czego) w najprawdziwszy sposób!” Przerażająca, jakoś zahaczona o hak obrazina wujaszka Sama straszyła mnie i towarzyszyła przez wszystkie 28 lat służby we wszystkich garnizonach wojskowych aż po Kamczatkę. Nasi dalekowidzący, a w istocie po prostu żądni władzy dowódcy z Politbiura, szykując cicho i cichutko socjalizm-komunizm na całej planecie, rozumieli, że to wszystkim się nie spodoba. Dlatego starali się przygotować Armię do poważnych konfliktów, z koniecznością użycia broni jądrowej. Dla świetlanego jutra.
Nadeszły lata pożukowskie. Jedną z najważniejszych dyscyplin była PAZ-PKZ, ochrona przeciwatomowa i przeciwchemiczna.
W specjalistycznej sali, pośród innych pomocy dydaktycznych, stały duże szklane gabloty z modelami dłoni i ludzkich głów, obrazującymi różne stopnie działania broni chemicznej i atomowej. Najczęściej miały wypływające oczy. Wyglądały jak żywe, choć ich właściciele z pewnością nie należeli już do żywych. Ciekawie było oglądać końską maskę przeciwgazową i konie w uprzęży przeciwchemicznej. Długo i starannie, w pełnym wyposażeniu przeciwatomowym i jakichś ocieplanych kombinezonach hermetycznych, myliśmy i odkażaliśmy MiG-15. Pod koniec dnia w każdym bucie zbierało się pół litra potu. Potem zaczął się kurs przyzwyczajania do maski przeciwgazowej: codziennie dokładano po 15 minut, aż doszliśmy do 6 godzin bez przerwy w tej gumowej mordze. Koszmar — twarz potwornie bolała od ucisku gumy. Wszystkie wykłady i przemarsze odbywały się w maskach. Żartowaliśmy, przyklejając śliną karteczki do szkieł maski zasypiającego kolegi. Siedział potem jak ślepiec, choć pozornie nadal pilnie notował. Można też było lekko przycisnąć śpiącemu wąż. Od czasu do czasu wykładowca mówił cicho: „Kto nie śpi — siedzieć”, po czym wołał: „Kto śpi — powstać!”. Zrywała się połowa drużyny. Śmialiśmy się i rozprostowywaliśmy kości.
Korona kursu — zadymienie. Namiot. Oddział po komendzie „Gazy!” zakłada maski. W namiot wchodził pogodny żartowniś, czerwony jak cegła, zapewne od częstego zakładania maski, major. Jakaś dźwigniowa pompa głośno z rozbryzgiem z butli przypominającej gaśnicę rozpylaczem chloro-przyprawiała chemiczną warstwę. To było szkolno-bojowe chemiczne ćwiczenie. Natychmiast zaczęło się najpierw jednostkowe, a potem chóralne kaszlnięcie. Ktoś runął do wyjścia. U mnie od razu pojawiło się kwaśne uczucie w ustach i od razu oddechowe odruchy — niepowstrzymane, narastające jak fala kaszlu. Nie w pierwszych rzędach, ale i ja przyspieszyłem, by wyjść. Choć początkowo myślałem, że wytrzymam na miejscu. Głupota. Organizm krzyczał: „Ratuj się!” Każdemu odwracano zawory zwrotne. One, te biedne, dla ułatwienia oddechu leżały przez te wszystkie tygodnie w kieszeni munduru i lekko zapyliły się. Co tu się zaczęło… Kiedy wybiegłem, nasz major siedział już na ziemi, jego grupa zdążyła go przewrócić, próbował hamować. A zgodnie z normą nie wystarczało odsiąść chwilę — na komendę „przebita maska” i „uszkodzony wąż” trzeba było zdjąć i założyć maske, odłączyć wąż i przykręcić puszkę do maski odpowiednio do rozkazu. A przy przebitej masce obejmuj gardziel puszki wargami i oddychaj przez nią z zamkniętymi oczami. Nauczyłem się patrzeć na chłopaków próbujących wytrzymać z kiepskim zaworem. Ci uparte zaraz po wyjściu padały na ziemię i na czworakach długo i bolesnie wymiotowały, kaszląc rozpaczliwie. Nie mogli mówić. Stopniowo wracali do siebie po zatruciu. Niektórzy robili po kilka podejść, jakby smakowali. Do pełnego wykonania ćwiczeń. A major, zadowolony, nauczył nas na całe życie szacunku do „chem-dymu”.
Rozkład dnia był ułożony tak, by od pierwszych dni złamać wolę chłopaków i przeorać im głowy oraz organizmy na wojskowy tryb. Zaczęły się konflikty z sierżantami-sztubakami wyznaczonymi przez dowództwo, naturalnie z najbardziej wykonywalnych, ale niekoniecznie mądrych, głównie z byłych żołnierzy. Przeczytali oni tyle regulaminów o nieograniczonej władzy każdego przełożonego nad podwładnymi, że młodemu dowódcy w stopniu młodszego sierżanta wydawało się, iż naprawdę posiada absolutną i bezdyskusyjną władzę. Taki już taki człowiek. W efekcie lało się na dyżury. A jeśli był wartownik — dla mnie najdalszy post.
W szczegółach pamiętam posterunek nr 4 (magazyn NZ). Kwadratowy jednopowierzchniowy budynek około 30 na 30 metrów, bardzo wysoki i, jak wszystkie obiekty uczelni, wzniesiony z czerwonej cegły przedrewolucyjnej jakości. Trzeba odnotować, że uczelnia odziedziczyła budynki carskiej szkoły junackiej. Z zewnątrz każdy jego cegła, bez pominięć, była zapisany, pomalowany, od ziemi do niewyobrażalnej wysokości naznaczony bagnetami wartowników. Oczywiście junacy podkładali skrzynie pod nogi podczas rzeźbienia. Do tego ich karabiny były mosinowskie z długim trójgraniastym bagnetem. Wchodzisz na posterunek jak do galerii z czytelnią, gdzie najbardziej niewinnie pamiętam okrzyk „smutne życie, gdy młodość jest przepasana pasem” albo „miłość to ognisko, kij nie rzucisz — zgaśnie”, a kompozycje rzeźbiarskie nie wytrzymałyby żadnej cenzury. Czysta Kamasutra.
Złą opinią posterunków zimą były miejscówki samolotów. Jak wiadomo, zimą w Irkucku jest zimno. A na lotnisku jeszcze chłodniej. Wartownik ubrany bardzo porządnie, ale on, ciepłokrwisty, i tak usiłuje się schować przed wiatrem. Nie ma lepszego miejsca niż wnęka nosa podwozia myśliwca. To otwarta od dołu przestrzeń w nosowej części kadłuba o wymiarach około pół metra na półtora i w pionie z metrem, w którą chowa się po starcie przednia goleniowa noga podwozia. Stoi sobie w tej wnęce jak kret, i tam trzyma służbę, nie wieje mu. Widać tylko walenki i dół kożucha. Nadchodzi zmiana, noc, sypie, parkingi samolotów na ogromnej płaszczyźnie. Najpierw cała zmiana z przekleństwami pędzi na parking myśliwców, szukając drania! Im dłużej szukamy, tym mniej śpimy między zmianami. A jeszcze trzeba wracać do wartowni, czekać, aż odmarznie automat — z mrozu od razu oblepia się krystaliczną skorupą, potem ten śnieg topnieje. Skrobiesz go do suchości i dopiero wtedy smarujesz. Jak wiadomo, wartownik przechodzi dwie godziny na posterunku, dwie godziny w czuwaniu po zejściu i dwie godziny snu. Przemieszczanie zmian na własne posterunki kosztem snu. Posterunków było kilka. Kiedy tu spać? I tak pełne dwadzieścia cztery godziny.

MiG-21
Nie od razu, lecz z czasem zauważyłem w sobie stopniową przemianę: z napiętego wartownika, bezustannie oczekującego nagłego ataku, stawałem się spokojnym i rozsądnym żołnierzem na służbie. Kto pełnił wartę na posterunkach słabo widocznych nawet za dnia, zna nieustanne poczucie zagrożenia czającego się dosłownie za każdym krzakiem i każdym samolotem, zwłaszcza przy złej pogodzie. Służbę wartowniczą pełni się przecież w każdych warunkach, a podczas wiatru i deszczu wartownik traci swój drugi najważniejszy zmysł — słuch.
Zmiana odchodziła z dowódcą i zostawałeś sam na sam ze światem, a jedynym niezawodnym przyjacielem był automat. Zawieś go na szyję, wtedy spokojniej, i idź dalej, obchodzić teren, jeśli nie stoisz na wieży. Po przejściu drogi, jakbyś sobie już poukładał cienie, podejrzane szmery i można lekko się rozluźnić, przypominając sobie coś zupełnie niezwiązanego z UG i KS. Dla zapomni tych, to regulamin Straży Garnizonowej i Wartowniczej służby. I nie zapominaj zaglądać na zegarek, by na czas, czyli jeszcze przed podejściem, stanowczo obudzić swoją zmianę głośnym okrzykiem: „Stój! Kto idzie?”
„Wspaniały” był dyżur w kuchni — obieranie ziemniaków! W cudzysłowie, oczywiście. Szkoła była ogromna: na każdym z trzech roczników pięć kompanii po 150 kursantów, a do tego mnóstwo pododdziałów pomocniczych. Przez noc trzeba było obrać niewyobrażalną ilość kartofli. Obsługiwałem dwie obieraczki, podobne do wysokich pralek, z obracającym się poziomo szorstkim kamieniem, na który wrzucało się kolejne porcje ziemniaków. Moim zadaniem było z grubsza obrać bulwy i zanieść je chłopakom wydłubującym oczka. Nadzorowała nas dyżurna kucharka, która umiała przenikliwie, wręcz świdrująco wrzeszczeć: „Oczkaaa!”. Do dziś dzwoni mi to w uszach. W ten sposób nie pozwalała nam przysnąć ani na sekundę, a mnie pilnowała, żebym nie obierał za głęboko. Przyznaję: próbowałem ścierać ziemniaki niemal do kształtu marchewki, żeby chłopakom zostało mniej pracy.
Jeszcze cięższy był dyżur w kotłowni: taczką dowoziło się węgiel i wywoziło żużel na hałdę. Po kilku kursach dostawało się około 10 minut odpoczynku. Wtedy przychodził sen, nieodłączny towarzysz ciężkiej pracy — niczym słodka trucizna rozlewająca się po wyczerpanym niewyspaniem mózgu albo ogromne, włochate, ciepłe i miękkie stworzenie wielkości mamuta, które przykrywa cię całego i każe ulec, zwolnić bolesne hamulce i zapomnieć o wszystkim. Wokół żarzyły się paleniska i cudownie ciepłe boki obmurowanych cegłą, pobielonych kotłów. Ledwie oparłeś się o taki kocioł, żeby zdrzemnąć się na stojąco, a już ktoś szturchał cię w bok: „Pchaj taczkę, synku”. Pamiętam hałdy żużlu i deski, po których trzeba było prowadzić tę taczkę. Palaczkami były nie wiedzieć czemu potężne kobiety w chustkach, z nosami czarnymi od sadzy.
Pewnego razu trafił mi się dyżur w chlewni. Wieczorem, po odprawie wart i służb, pokazano mi drogę oraz łopatę. O czwartej rano wszedłem do ogromnego — jak mi się wówczas wydawało — typowego kołchozowego chlewu. Smród był taki, że z nieprzyzwyczajenia trudno było oddychać. Wilgotno, gorąco, wszędzie pochrumkiwanie. Sam też odruchowo chrząknąłem. Wszystkie świnie, duże i całkiem małe, zerwały się na nogi jak na umówiony sygnał. Nieźle mnie wystraszyły, diablice. Patrzyły świńskimi oczkami w białawych rzęsach i czekały, bo dobrze wiedziały na co. Najbliższy kojec był pusty. Otwierało się go, zapraszało towarzystwo do środka, a mniej rozgarnięte sztuki zachęcało łopatą do opuszczenia zabrudzonego pomieszczenia. Zamknąłem za nimi furtkę i zostałem sam na sam ze stosami wspaniałego gówna. Hura!
Obmyłem się. A gdzie miałbym uciec.
Zawsze fizycznie ciężki był dyżur w MTO, materiałowo — zaopatrzenie paliwowe. Do niego często wchodził cały pluton. Gdy przyjechał wagon z węglem, deskami-bryłami, artykułem spożywczym lub sprzętem, pluton natychmiast zjeżdżał z zajęć albo ze snu i jechał na stację. Nową awiatykę, jeszcze tajną, transportowano wyłącznie nocą. Na przykład przypadło nam przewozić pierwszy T-22, rozbitego w Żukowskim, lekko pogiętego. Bardzo trudno było ręcznie przeładowywać


Tu-22M3
Skrzydła trzeba było przeładować z wagonu pulmanowskiego na specjalną platformę. Umęczyliśmy się potwornie. Pracowaliśmy całą noc, aż do rana, a potem poszliśmy na zajęcia. W szkole obowiązywała święta zasada: żadnych ulg.
Stały brak snu i niedobór czasu we wszystkim bez wyjątku. A tutaj jeszcze dosłownie po paru tygodniach nauki wzięli nas do składu koszykówki. I wszystko biegiem, zwłaszcza z rozkazu na terenie uczelni i lotniska wszystkie przemieszczenia poza szykiem — tylko biegiem. Wyrobiłem się w chwytaniu każdej wolnej minuty na sen. Nawet w marszu w szyku potrafiłem się wyłączać. Nauczyłem się spać, nie wyłączając słuchu, a nawet go wyostrzając. Okazuje się, że jeśli nie ma wiatru i deszczu, w cichej nocy słychać, jak pełzają żukowate owady! Słuch aż się tak wyostrza, że na posterunku przy ochronie tajnych pomieszczeń, czyli na bezpośrednim szerokim korytarzu 150-200 metrów w piwnicy głównego gmachu nauki, słychać, jak wartownik przy chorągwi na parterze przedsionka przestępuje z nogi na nogę.
31 grudnia 1958 roku nasz pluton objął służbę patrolową w mieście. W tamtych latach patrole chodziły z automatami: z przodu oficer, za nim dwóch uzbrojonych kursantów. To był mój pierwszy patrol po Irkucku. Maszerowałem dumny i nadęty jak indyk, zapomniawszy opuścić nauszniki czapki. Irkuck jest bardzo piękny, a dziewczęta na jego ulicach jeszcze piękniejsze. Tej sylwestrowej nocy temperatura spadła do -52 stopni. Odchodziłem swoje pierwsze dwie godziny i zwaliłem się na pryczę, żeby zdrzemnąć się przed kolejną zmianą. Budzą mnie: „Masz biały nos!”. Nie dało się już go rozetrzeć. Uszy natomiast odtajały. Od tamtej pory mój kinol reaguje na pogodę — termometr nie jest potrzebny.
Bardzo ciekawe były zajęcia z techniki. W byłej hali sportowej stał Il-282 (w tamtych czasach najnowocześniejszy frontowy bombowiec). Od niego zaczęło się praktyczne opanowywanie awiotechniki. Wciąż pamiętam ten specyficzny zapach samolotu — zapach lakieru i przewodów elektrycznych. Uczyłem się techniki nie z ciekawości, tylko z zapamiętaniem. Wciąż pamiętam masę skrótów urządzeń pokładowych. A pierwszy, pod kontrolą instruktora, start silników Il-28 na postoju! Jesteś sam w kabinie (instruktor na zewnątrz na drabinie), naciskasz przycisk „start” lewego silnika i — ruszają, poruszają się wskazówki wielu przyrządów. Cud! Praktyczne zajęcia lotniskowe prowadzone są obligatoryjnie zimą w najostrzejsze mrozy. To, oczywiście, słuszne, ale nie łatwe. Dobrze, jeśli w ten dzień pracujesz w samym samolocie. A jeśli w jakimś włazie kadłuba albo na płaskiej powierzchni?
Świetnie, gdy ktoś odpalał silniki obok — jeszcze nie ucichła turbina, a w dyszy już głowy, ręce, rękawiczki. Dobrze! Częściej by tak było!
Il-28
Wziąłem udział w swoich pierwszych „wyborach”. Początkowo sama procedura trochę mnie zaskoczyła: niby z nazwy wybory, ale w praktyce… Dość nieciekawe, delikatnie mówiąc, bez intrygi. Potem zacząłem rozumieć, że cała ta rzekoma władza sowiecka wcale nie była z niczym związana, ani przez rzekome Rady z ludem. Ta bzdura o wyborach jakichś deputowanych z ludu to słabo ukryty arbitralny dyktat jednej nieomylnej partii, świętego KC, szyderstwo z ludzi i zamienianie ich w komedię. I w tej komedii cała masa bydlęca, obywatele ZSRR, partyjni i bez, pokornie grała jej rolę.
Każdą wolną chwilę przeznaczałem na czytanie. Szkoła miała dużą bibliotekę. Fotografowałem kolegów kieszonkowym aparatem „Zorkij”, a w kompanii urządzono małą ciemnię. Wszystko odbywało się kosztem snu. Kto jednak naprawdę chciał się czymś zająć, osiągał rezultaty. Chyba najlepszym przykładem był Walera Lebiediew. Ogarnęło go marzenie, by nauczyć się grać na klarnecie z jakiejś broszurki. Z początku dręczył nas piskliwymi dźwiękami i nieznośnym świszczeniem; podstaw notacji muzycznej nauczyłem go ja. Po pół roku, a może nawet wcześniej, Walera czysto grał „Petite Fleur”.

A to już był sierpień i pierwszy kadetowski urlop. Trzeba odnotować, że miasto Krasnojarsk-26 to zupełnie nie ten sam Krasnojarsk. To zamknięte tajne miasto, produkujące uran i pluton wojskowy.3 Ojciec tam pracował jako szef jednego z zarządów montażowych. O nim na pewno osobno odrębnie napiszę o jego życiowej drodze i sprawach. Tak więc, by przywieźć mnie do domu z Krasnojarska, na mój telegram musiał mnie czekać na dworcu ojciec. W przedziale jechałem sam i niezauważalnie przed Krasnojarskiem, dosłownie godzinę przed przyjazdem pociągu, lekko zdrzemnąłem się. Obudził mnie hałas na korytarzu — sprzątacze myli podłogi i okna z zewnątrz pociągu, a pociąg stał na jakimś niezrozumiałym bocznym torze między pustymi wagonami! To był szok. Szybko ubrałem się i pobiegłem na dworzec. A tam już zaprzestano mojego wywoływania przez głośniki. Oprócz ojca czekała i Toma Usykowa, moja szkolna sympatia. Konfuzja! I wzajemna radość — a co by było, gdyby pociąg miał inną stację końcową?

Krasnojarsk-26. Pierwszy urlop.
Na drugim roku, jesienią 1959 roku, zaproszono mnie, koszykarza, do składów gry w piłkę ręczną. To było bardzo zaszczytne i odpowiedzialne zaproszenie — oddział uczelni zajmował wyłącznie pierwsze miejsca w mistrzostwach WWS, okręgu i obwodu! Drużyłę trenował starszy sierżant Pasha Nowenchuk. Talent z wielkiej litery. Obciążenia były tak mocne, zwłaszcza na rękę rzutową, że musiałem trzymać łyżkę i widelec w lewej ręce — nie mogłem prawą. A biegi na Angarę z rzucaniem dużej żwirki na odległość! Paša był surowy, ale sprawiedliwy, nic poza szacunkiem, nawet uwielbieniem, u nas nie miał. Siła jego chwytu, przy pozornie zwykłych palcach, była po prostu potworna. Milczący, on nieposłusznych „chwytał za barkę”, nie omijając, zawsze dopadał uciekającego, sam biegał setkę za pierwszy stopień, i po prostu chwytal za bok, za skórę, za nogę i ściskał. Przez skórę sączyła się krew i wydawało się, że zaraz trzaśnie kość. Tę metodę stosowano bezbłędnie. W mojej sportowej karierze grałem w drużynach dość wysokiego poziomu, ale w żadnej nie było takiej dyscypliny.
W ręcznej grano wtedy na boisku piłkarskim drużynami po 11 osób. Bramkarz stał na dużych bramkach i wpuszczał do gry od 10 do 30 i więcej piłek. Dlatego gra była bardziej widowiskowa niż futbol. I relacje między napastnikami i obrońcami były bardziej swobodne, niemal jak w hokeju. Uważano, że jeśli po meczu nie ma się urazu, to znaczy, że nie wyłożyłeś się, a więc nie przebiłeś obrony, nie harowałeś. Przed wyjściem na boisko wszystkie bandaże ze świeżych ran i urazów musiano zdejmować, by przeciwnik nie bił po ranach. Z twardym rywalem gra stopniowo przechodziła w arenę gladiatorów, eskalując. Ustąpisz, osłabisz się — przegrasz na pewno. Otarają cię, wytrzymaj, twoi dręczyciele sami przybędą w odwiedziny. A z trybun i też obrońcy, i bramkarz wrzeszczą: „klient poszedł… odwalaj!” Najbardziej złośliwego przeciwnika trzeba było powalić i skoczyć na niego kolanami do przodu. Jeśli jeszcze podłością grał się po grze, na takiego skakało do trzech obrońców z jednym zadaniem — wyeliminować go z gry.
Wojska ręczna to rzecz poważna, zwłaszcza gdy drużyna rywala składała się z szeregowców. Żołnierze, za obiecane urlopy, bili się tam do upadłego. I my ich nie litościliśmy. W praktyce bawiliśmy się w mistrzostwach obwodu. Drużynie dowolnego miasta starano się wrzucić nie mniej niż 40 piłek. Sobie wolno było stracić nie więcej niż 5.
Stale grałem jako wędrujący obrońca, czyli i w obronie, wypchnięty do przodu, i w ataku, odciągnięty do tyłu. Była to najcięższa robota. Jeśli trzeba było zatrzymać najniebezpieczniejszego napastnika, to powierzano to wyłącznie mi. Oczekiwanie każdej gry było jak oczekiwanie święta, święta męskiej gry. Ale minęły tygodniowe obozy, skończyło się mistrzostwo i wróciłem do nauki: nadrabiać! Na trzecim roku, zamiast wojskowej praktyki, miesiąc praktyki na irkuckiej 39-iej fabryce lotniczej. Wtedy produkowała transportowe AN-124 i przechwytujące Jak-285.

Jak 28
Zobaczyć na własne oczy, jak na jednym końcu gigantycznego hangaru zsuwa się arkusz duralu i profil, a z drugiego końca wyjeżdżają gotowe samoloty na lotnisko zakładowe, a także wziąć udział w prostych pracach taśmowych — to było świetne. Wtedy trwała seria An-ów dla Indii. Wszystkie napisy, instrukcje i tablice były po angielsku. Zrobiło na mnie wrażenie podczas prób działka ogonowego wskaźnika radiolokacyjnego — wieżyczka podwójnej pary dział NR-23 automatycznie obracała się, śledząc lądujące i startujące samoloty.

Wieżyczka artylerii ogonowej samolotu Il-28
W tym samym lecie z fabrycznych nieprzydatności złożyliśmy własnymi siłami swój własny AN-12, tylko bez prawej płaszczyzny, ale nadający się do podstawowych prac obsługowych. Z dwoma lewymi silnikami. Jestem pewien, że po nas samolot został dokończony.


An-12
Minęły trzy lata nauki i nadeszły ostatnie przymiarki nowego oficerskiego umundurowania, zwłaszcza paradnego munduru z wąską talią i zdumiewająco szerokimi ramionami. Zgodnie z ówczesną wojskową modą nie żałowano waty. Gdy tylko zaczęła się seria przymiarek, wszyscy poczuliśmy, że kursanckie życie dobiega końca, że wkrótce zabraknie ojców-dowódców, a nas rozrzuci po bezkresach ZSRR. Ze smutkiem i radością zarazem wychodziliśmy z dzieciństwa. Ostatnie egzaminy, uroczysta promocja, dyplom technika samolotu An-12 i śmigłowców Mi-4 oraz Mi-8, a potem przydział: jednostka wojskowa 11284, stacja Tiura-Tam.
Spakowałem całe wydane mi oficerskie wyposażenie, które — jak „rozsądnie” uznałem — nie będzie mi od razu potrzebne w ciepłym Kazachstanie, i wysłałem je do Krasnojarska. W tamtych czasach oficer oprócz koca, prześcieradeł i materaca otrzymywał wielki worek, zgodnie z tradycją sięgającą wojny domowej. W pierwszym miejscu służby młody oficer miał wypchać go sianem albo słomą. W ten worek-materac zapakowałem nierozsądnie wszystkie ciepłe rzeczy, włącznie z płaszczem paradnym i codziennym, i odesłałem rodzicom. Uznałem, że przed zimą przyślą mi je do Tiura-Tamu. Z odzieży wierzchniej wziąłem jedynie płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem. Jak się potem okazało, szkoda, że nie wysłałem rodzicom od razu całego wojskowego dobytku!
Sprawdziłem mapę Kazachstanu. Należało minąć Morze Aralskie i wysiąść za stacją Kazalińsk, a przed Dżusałami. W encyklopedii przeczytałem o tamtejszym klimacie oraz o jakichś wielkich kotach trzcinowych. Uprzedzając fakty: przez siedem lat służby na kazachskim stepie nie spotkałem żadnych niezwykłych kotów. Miałem jeszcze urlop — 30 dni bez czasu na podróż. Porozmawialiśmy z Siergiejem Legkowem i postanowiliśmy pojechać od razu nad Morze Czarne, do Tuapse, bez zbaczania do naszych domów w Krasnojarsku.
Ani ja, ani Siergiej nie byliśmy wcześniej w Tuapse, ale w młodości pracował tam mój ojciec, spawając zbiorniki na ropę. Przyjechaliśmy na początku października. Było ciepło i słonecznie, lecz od morza wiał wiatr. Okazało się, że właśnie wtedy zaczyna się sezon sztormów — co najmniej cztery stopnie. A my przecież przyjechaliśmy się kąpać! Zdaje się, że przy takim wzburzeniu nikt poza nami nie wchodził do wody. Była całkiem ciepła, choć pełna piasku. Nam to nie przeszkadzało; problem polegał jedynie na tym, by wyjść na brzeg bez siniaków, bo fale uderzały mocno i bez przerwy. Kilka razy wybraliśmy się na pobliskie wzgórza. Pośród rzadkiej, dawno wypalonej trawy i gęstych krzewów trafiały się drzewa z całkiem jadalnymi owocami. Podkradaliśmy figi, wspominając Małego Muka, który zjadł nieznany owoc — i czym się to skończyło. O hulankach z Cyganami w hałaśliwych restauracjach nie mogło być mowy: oficerskich pieniędzy na to nie starczało. Morze było za darmo. Wykąpaliśmy się do syta, a nawet wypraliśmy kilka rzeczy, choć słona woda prała bardzo kiepsko. Te wspaniałe dni, około dwóch tygodni, przemknęły błyskawicznie. Pożegnałem Siergieja, którego skierowano na Daleki Wschód, a sam miałem dwa dni później ruszyć do Kazachstanu. Bez towarzysza pokój opustoszał, a stan moich finansów również nie pocieszał. Do stacji Tiura-Tam, z przesiadką w Syzraniu, czekała mnie podróż ponad trzydniowa, a w kieszeni miałem jednego rubla i 56 kopiejek. Nieźle poszaleliśmy! Młody organizm, jeszcze nieprzyzwyczajony do głodu, domagał się jedzenia. Na każdej stacji wychodziłem na peron, próbowałem po kolei towarów sprzedawczyń i odkładałem je z powrotem. Z niechęcią, ale jednak próbowałem nawet suchej fasoli. Bardzo lubię potrawy z fasoli, lecz sucha smakuje zupełnie inaczej niż gotowana! W Syzraniu zebrała się mała, wesoła grupa poruczników z naszego rocznika, również jadących do Tiury, lecz mających jeszcze trochę pieniędzy. Tam wszystko przepili i przez następną dobę jechali bez jedzenia. Mnie akurat wyszło to na dobre: z głodu pochłonąłem ogromnego arbuza i jakoś przetrwałem. Kilka słów o podróży pociągami w kierunku Azji. Z Moskwy do Tiury jedzie się dwie doby. Za Orenburgiem w wagonie kończy się woda, ze wszystkimi następstwami tego z pozoru drobnego zdarzenia: nie można się umyć, toaleta przestaje działać… A obsługa? Miejscowi Azjaci zajmują się handlem, ładują i wyładowują jakieś toboły, worki i skrzynki, a przy tym bez przerwy coś smażą albo gotują na piecu przy przedziale. Dym wypełnia cały wagon. Pasażerowie radzą sobie sami; o sprzątaniu nie ma mowy.
Przypisy
-
Szkołę junacką od 1872 roku, a w 1910 roku przekształcono ją w Irkucką szkołę wojskową.
↩ -
Rozpiętość skrzydeł 21,45 m
Długość kadłuba 17,65 m
Wysokość 6,7 m
Powierzchnia skrzydła 60,8 m
Typ silnika 2xVK-1A
Ciąg silnika 2770kg
Masa normalna startowa 18400kg
Masa maksymalna startowa 23200kg
Maksymalna prędkość 906km/h
Praktyczny pułap 12500m
Zasięg lotu 2400km
↩ -
1958. 25 sierpnia. Na Krasnojarskim GCHK reaktor przemysłowy AD wszedł do liczby czynnych. Drugi reaktor — AD-1 działa na GCHK od 1961 r.
↩ -
Załoga 7 os.
Maksymalna masa startowa 64t
Maksymalne obciążenie komercyjne 20t
Maksymalny zasięg lotu 4000km
Prędkość przelotowa 510km/h
Praktyczny pułap 10200m
↩ -
Załoga 2 os.
Długość 20,02m
Rozpiętość skrzydła 11,78m
Wysokość 4,3m
Maksymalna masa startowa 18080kg
Silniki 2x6100kg
Maksymalna prędkość 1850km/h
Zasięg 2070km
Praktyczny pułap 14500m
↩