Rozdział 3 z 29
Tomsk-7, Tomsk-13
W 1953 roku przeprowadzamy się do Tomsk-7.12 To również zamknięte miasto tego samego ministerstwa.3

Ulica Kurczatowa
Osiedliliśmy się w osiedlu „Czekist”4 na drugim piętrze dwupiętrowego, bardzo ciepłego domu z bloczków żużlowych, z ogromną loggią. Na tej loggii później pojawił się bilard. Tata znał się na tej grze. Bilard był duży, nakryty szarym suknem. Od góry zamykało się go dwiema tarczami i wtedy na tych tarczach mogły spać dwie osoby. W żaden sposób nie potrafiłem przejąć od taty najważniejszej rzeczy, którą posiadał w tej grze — niespieszności i namysłu. Bilard tylko na pierwszy rzut oka wydaje się nieskomplikowaną „płaską” grą. W życiu spotykałem chłopaków, którzy, jak się zdaje, nigdy nie nauczą się świetnie toczyć bil. I ja zresztą niewiele od nich odbiegałem. Po roku ojciec podarował mi małą dubeltówkę kalibru dwudziestego, moją pierwszą strzelbę. Podczas jednego z wyjazdów na polowanie na zające, w pobliżu jakiejś wioski, jednym strzałem zestrzeliłem kilka wróbli. Mama przygotowała z mojego pierwszego łupu wspaniałe danie; tuszki były wprawdzie mikroskopijne, ale uroczyście je zjedliśmy. W tych samych latach po raz pierwszy spróbowałem palić i pić wino. Ściślej mówiąc, paliliśmy całkiem regularnie i często, ale fajki, a zamiast tytoniu musieliśmy zadowalać się zmiętym, suchym liściem brzozy. Fajki nie były samoróbkami. Wtedy ten przyrząd do palenia tytoniu można było kupić całkiem łatwo. A palenie prawdziwego tytoniu bardzo nam się podobało. Po pierwsze, „po dorosłemu”, po drugie — zakazane, a sam proces był bardzo męski. Brzozowy tytoń był oczywiście obrzydliwy. Ale i tak trzeba było palić! A ze mną byli nierozłączni przyjaciele: Tolja Sidelnikow, Walera Dmitriew i Borja Wasilew. Jeśli chodzi o wygląd, byli bardzo różni. Tolja był szeroki w kościach, jasnowłosy, bardzo stateczny i rozważny. Walera miał czarne włosy i brązowe oczy. Obaj dobrze grali w szachy. Za to Borka pod każdym względem wyraźnie kontrastował z nami. Jego sylwetka, a zwłaszcza czysta, zupełnie dziewczęca biała skóra, oraz twarz przypominały twarz gogolowskiego Czyczikowa. Pulchny, pulchniutki i czyściutki. Słabo znałem jego rodziców i nie mogę osądzić, czy zabraniali mu zadawać się z takimi jak my, czy przeciwnie — popierali jego ciągoty do nas.
A my, całą paczką, wypiliśmy w szóstej klasie całą butelkę 07 litra jakiegoś porto. Piliśmy na strychu domu. Rozeszliśmy się do domów i cichutko położyliśmy się spać. A rano — awantura i przesłuchania… Borke w nocy zrobiło się źle i „pękł”. Psociliśmy. Gdy tylko zapadnie zmrok, paczka idzie zakładać „stukacza”. W jego skład wchodzą pinezka, ziemniak i szpulka nici. Pinezkę z nitką wbija się w ramę okienną, pół metra niżej do nitki przywiązuje się ziemniak, a dalej, na całą długość, prowadzi się nić w krzaki albo za płot. Najważniejsze, żeby się nie gorączkować, nie walić z całej siły, tylko stukać po cichu i z przerwami… Od czasu do czasu wiązaliśmy mocną liną dwoje przeciwległych drzwi na piętrze i dzwoniliśmy do każdego… Ale najciekawszym, zakazanym zajęciem było robienie samopałów i strzelanie z nich. Nie chodzi o tę popularną wśród chłopaków prymitywną pukawkę z rurki zgiętej pod kątem prostym, nabitej siarką z zapałek, gumką i krzywym gwoździem, lecz o bardziej skomplikowaną konstrukcję. Z czasem zaczęliśmy robić nasze pistolety podobne do dawnych pistoletów pojedynkowych. Lufy wykonywaliśmy wprawdzie z miedzianych rurek, a zasięg rażącego strzału wynosił nie więcej niż 30 metrów. Ale huk i dym były jak z prawdziwej broni. Proch był przecież dymny. Bardzo dużo eksperymentowaliśmy z bombkami z lontem Bickforda. Nabijasz łuskę karabinową prochem, zaciskasz szczypcami kawałek lontu Bickforda włożonego do łuski, około pięciu centymetrów, z porządnie ukośnie ściętym końcem zapalającym. Działało niezawodnie, nawet w wodzie. Z prochem nie było problemu, wielu ojców było myśliwymi.
Pod urwiskiem, na skraju bagna, gdzie z chłopakami zajmowaliśmy się wybuchowymi sprawami, czasami, a właściwie dość regularnie, przychodzili „czerwonoopaskowcy” — żołnierze z młodymi owczarkami na szkolenie. Szczęśliwiec, za obietnicę oddania strzału z karabinka, wkładał specjalne grube watowane spodnie, taki sam watowany płaszcz i w nogi! Dwa–trzy owczarki na bardzo długich smyczach, z wściekłym ujadaniem, biegły za nim. Za pierwszym razem było naprawdę strasznie. Nogi w zwykłych butach, można powiedzieć — zupełnie gołe. A żołnierzyki tylko szczuli psy i pokrzykiwali, żeby się nie zatrzymywał i, co najważniejsze, nie krzyczał na psy ani się przed nimi nie bronił zdjętym z braku potrzeby i z powodu upału watowanym płaszczem. Zachowanie uciekiniera musiało być koniecznie tchórzliwe. Psy, zwłaszcza młode, na taki opór „przestępcy” niespodziewanie głupiały i przysiadały, co było zupełnie niepedagogiczne. Młode, oczywiście, młode, ale pyski i kły miały już nie byle jakie. Jeśli wezmą człowieka w kółko, a bardzo się do tego rwały, niezwykle trudno było się powstrzymać i nie wrzasnąć, a także instynktownie nie machać tym watowanym płaszczem w obronie… Ale w końcu psy się zmęczyły. Następował etap przyzwyczajania ich do dźwięku wystrzału. W rękach miałeś prawdziwą broń wojskową, załadowaną prawdziwymi nabojami. Bach, bach, bach! A jaki silny odrzut!

Do szkoły muzycznej wożono mnie dwa razy w tygodniu do Tomska (tata miał już służbowego „Moskwicza”). Miejska szkoła muzyczna mieściła się w jednym budynku ze szkołą muzyczną drugiego stopnia i chyba brakowało pomieszczeń, bo we wszelkich zakamarkach, pod schodami, w toalecie — wszędzie i na wszystkich instrumentach, od fletu po kontrabas, o każdej porze dnia, a być może i nocy, ćwiczyli studenci. Oderwani od świata, całkowicie oddani i, jeśli porównać ich z moją pilnością, po prostu fanatyczni. W budynku nieustannie rozbrzmiewała kakofonia i nie dało się przed nią uciec; wszyscy się przyzwyczaili. Ale mnie to przeszkadzało. Jak się okazało, miałem słuch absolutny: każdą usłyszaną nutę rozpoznawałem automatycznie i jednoznacznie. Nauczyciele szybko to wykryli i podczas lekcji dyktanda, po pierwszym zapoznawczym odegraniu całej melodii, natychmiast wyrzucali mnie z klasy, bo koledzy od razu próbowali ode mnie ściągać. Kiedy mama dowiedziała się o tym moim talencie, jeszcze bardziej utwierdziła się w przekonaniu o mojej wspaniałej muzycznej przyszłości — zupełnie niesłusznie. Fuszerowałem, męczyłem instrument i nauczycieli, przyjeżdżałem na lekcje, nie racząc się przygotować. To nie było moje powołanie, słuch trafił nie do tego człowieka.
Jeśli trafiał się wolny czas (nauczyciel zachorował), koniecznie spacerowałem po centrum tego starego miasta. Często zachodziłem do apteki i zawsze gapiłem się na wyłożone na czarnym aksamicie sztuczne oczy. Leżały rzędami w ogromnym pudełku, chyba z pięćdziesiąt, nie mniej, w różnych kolorach i rozmiarach. W środku były z białej porcelany. Wszystkie zadziwiająco podobne do prawdziwych, a patrzeć w te źrenice chciało się bez końca; coś w nich przyciągało. Nigdy więcej i nigdzie nie widziałem czegoś podobnego.

Państwowy Uniwersytet w Tomsku

Państwowy Uniwersytet w Tomsku i pomnik „Studentom Tomska” na placu Nowosobornym.
Zimą zajeżdżaliśmy na kołchozowy targ po jakieś zakupy. Zapamiętałem sanie pełne różowych tusz zajęczych; takich sań zawsze było wiele. Wieśniacy przywozili mleko w dużych workach w postaci zamrożonych misek po jednym litrze. I ogromne ilości zamrożonych ryb najróżniejszych gatunków. Skoro wspomniałem o rybach, trzeba też powiedzieć o jednym z głównych zajęć tomskich chłopców — oczywiście o wędkowaniu. Jeśli nie wysyłano mnie do obozu pionierskiego, najpewniej można mnie było znaleźć nad rzeką. Po Tomie pływały parowce, ale rzadko śrubowe, głównie kołowe, chlapiące po wodzie drewnianymi łopatami. Zapamiętałem nazwę jednego z nich — „Syktywkar”. W tym słowie było coś zawiłego i nieprzyzwoitego. W pobliżu naszego zejścia do rzeki znajdowała się duża zatoka dla kłód, a na wysokim brzegu — gigantyczny skład drewna. Zresztą wszystkie składy drewna, bez wyjątku, zawsze miały cyklopowe rozmiary. Były to niekończące się stosy kłód, ciągnące się na setki metrów wzdłuż i wszerz oraz wznoszące się na dziesięć, a nawet więcej metrów wysokości.
W tamtych czasach spław drewna odbywał się wyłącznie tratwami albo molem, czyli samospławem. To najbardziej barbarzyńska metoda. Kłody wyłapywano w odpowiednich miejscach za pomocą zapór, złożonych w długie łańcuchy z wąskich tratw. Każda tratwa to cztery–pięć porządnych kłód, mocno spiętych klamrami. Jeden koniec takiego wiązania umocowany był na brzegu, a drugi solidnie zakotwiczony gdzieś pośrodku rzeki. Długość takiego wiązania mogła wynosić nie jedną setkę metrów. Swobodnie płynące z prądem rzeki kłody gromadziły się w tych zaporach na ogromnych powierzchniach. Z tych właśnie zapór łowiliśmy ryby i kąpaliśmy się. W brodzie łapaliśmy mnóstwo dobrych kiełbi. Potem smażyliśmy je, nieoczyszczone, na ognisku, zawieszając pionowo na patyku wbitym ukośnie w ziemię. Pycha! Łowiliśmy ryby na robaka, muchę albo konika polnego. Robaki wykopywaliśmy w czeremchowym gaju — było ich tam morze, ale komarów jeszcze więcej. Przed komarami chroniliśmy się czechosłowacką maścią „Repudin”. Była to ostra, aromatyczna ciecz przypominająca glicerynę. Zdobywaliśmy ją u wojskowych, u strażników. Radykalny środek. A rodowici tomszczanie, rybacy, od niepamiętnych czasów smarowali twarz i ręce rybim śluzem, żeby chronić się przed meszkami.
Za zgodą rodziców wybraliśmy się na czterodniową wyprawę tratwą. Oczywiście bez dziewczyn. Tratwę robiło się tak: płyniesz, wybierasz kłodę, która ci się spodoba, holujesz ją do brzegu, łączysz klamrami, a z góry obijasz deskami. Zbudowaliśmy ją w pół dnia. Zrobiliśmy nawet jakiś trap, do czegoś tam. Zaopatrzyliśmy się w maść na komary, kociołki, wędki i prowiant. Głównie rodzice napchali nam konserw mięsnych i mleka skondensowanego. Przez całe cztery dni panowała upalna pogoda. Kąpaliśmy się niemal bez przerwy, przeważnie w ruchu, na głębinie. Kiedy przybijaliśmy do brzegu, nikt nie chciał zajmować się gotowaniem. Po prostu otwieraliśmy konserwy, kroiliśmy chleb, a jako rzecz najbardziej skomplikowaną gotowaliśmy wodę z liściem porzeczki. Ponieważ jedliśmy nie częściej niż dwa razy dziennie, trochę schudliśmy i osłabliśmy, a upał także wysysał z nas siły. Przydałoby się czasem zjeść coś słonego. Odpłynęliśmy niedaleko, bo z powrotem trzeba było iść pieszo. To było ciężkie, głównie z powodu upału; dźwigaliśmy niezjedzone konserwy, a także lekkomyślnie napiliśmy się surowej wody z jakiegoś kanału wypływającego od strony elektrociepłowni. Kiedy ją piliśmy, była ciepła i miała jakiś niezrozumiały posmak. Ale bardzo chciało się pić.

Tom
Kilka razy wypływaliśmy z ojcem kutrem na ryby do zatok Samuskiej i Morjakowskiej. Kuter był wojskowy, tak jak w „Sorokówce”. Ale bez karabinu maszynowego. I znów naszym sąsiadem w nowym mieszkaniu, już w Tomsku-13, a to wszystko w tej samej wspólnej strefie, okazał się generał-major Szemina, rybak i myśliwy. Miał bardzo młodą i efektowną żonę, Walentina. A on sam przy obiedzie zjadał ogromną, wielkości pięści, główkę czosnku, przy czym nigdy go nie obierał, tylko po prostu wypluwał łupiny.
To właśnie jego służbowym kutrem wypływaliśmy na wyprawy. Nie nocowaliśmy na statku, lecz zawsze u tych samych gościnnych tubylców, byłych frontowców. Widać była to bardzo zżyta rodzina. Gospodarz, frontowiec, piechur i kapitan, wrócił z frontu bez prawego oka, a w prawej ręce zostały mu dwa praktycznie niezginalne palce, przypominające hak albo czerwony dziób. Jego ojciec zręcznie dorobił do jego ulubionej strzelby krzywą kolbę pod prawe ramię i lewe oko.
Poznałem obyczaje rdzennych Sybiraków, czałdonów. Żyli z ryb — łowili wyłącznie szczupaki, wędzili je w piecu, w dymie, na osikowej korze, a potem wieźli do Tomska na targ. Łowili z łodzi-dłubanek, miejscowo nazywanych obłysami. Była to drewniana kopia jednoosobowego kajaka. A właściwie odwrotnie: kajak stał się kopią obłysa. Początkujący nie był w stanie w nim usiedzieć, tym bardziej łowić ryb. Czałdon zaś siedział w obłysie jak odlany, tylko wyciągał szczupaki i walił je po łbach specjalną brzozową pałką, żeby je uspokoić. Nad odnogą rzeki rozlegał się tylko nieustający gwar. Ileż to ryb było w Tomie! Ciekawą postacią był kierowca Szeminy, zarazem jego ordynans. Połykał żywcem świeżo złowione małe rybki, narybek wielkości co najmniej przeciętnego palca, bez żucia i patroszenia, uprzednio lekko obcierając je w wodzie z łusek! Chwytał rybkę za ogonek, odchylał głowę i ostrożnie opuszczał ją do rozdziawionych ust.
Pierwszy telewizor pojawił się u nas w 54 albo 55 roku; ojciec przywiózł go z kolejnej podróży służbowej do Moskwy. Był to „Temp”. Oczywiście czarno-biały, ale z dość dużym ekranem, chyba wielkości zeszytu albo nieco mniejszym. W ZSRR, na Syberii, pierwsze regularne, prawdziwe programy telewizyjne zrealizowała jakaś tomska uczelnia. Chyba politechnika. To właśnie jej sygnał odbieraliśmy. Najpierw na drucianą antenę w dużym pokoju, a wkrótce także na duralowy dipol na zewnętrznym maszcie. Odbiornik trzeba było ustawić w kącie salonu, żeby transmisję mogli oglądać nie tylko ci, którzy siedzieli ciasno na przyniesionych ze sobą krzesłach i stołkach w pokoju, lecz także siedzący i stojący w korytarzu. Na seans przychodziła prawie połowa domu. Początkowo nadawano wyłącznie filmy, koniecznie nowe, w tym także „zdobyczne”. Każdego wieczoru wyświetlano dwa filmy bez przerwy i nic więcej. Jako planszę do strojenia puszczano obraz kremlowskiej gwiazdy.
Ciekawe, że pierwszym sygnałem, który wspólnymi siłami z ojcem złapaliśmy na pokojową antenę drutową, był film „Aleksandr Popow”. Być może wpłynęło to na wybór zajęcia w życiu. Jednak jako odbiornik sygnału telewizyjnego telewizor nie był postrzegany. Wydawało się, że wszystko pokazuje sam z siebie. Nawet przy zakłóceniach albo zaniku obrazu tomskie centrum nadawcze odbierane było abstrakcyjnie. Później zaczęto nadawać programy ze studia. Pewnego razu transmitowano bardzo długi koncert bardzo dziwnego i długiego Aleksandra Wertinskogo. Stał w smokingu przy fortepianie i czasami pomagał sobie w śpiewie jakimś niezwykłym, miękkim dyrygowaniem jedną ręką. Zapamiętałem także koncert Michaila Aleksandrowicza. To było bel canto! (W ZSRR wydano 70 płyt z nagraniami Michaila Dawidowicza, w łącznym nakładzie 2 milionów). W studiu telewizyjnym było bardzo gorąco, reflektory prażyły, a goście nie rozstawali się z chusteczkami, wycierali się, nie przerywając śpiewania nut. Później dowiedziałem się, że widikony z tamtych lat wymagały niezwykle silnego oświetlenia obiektu.
W tych samych latach narodziło się, niegasnące po dziś dzień, zamiłowanie do czytania. Tata zajął się fotografią. Od szóstej klasy wszystko robiłem samodzielnie, od ważenia odczynników po odbitki. Zanim pojawiły się w pełni uczulone błony typu „izopanchrom”, doskonale radziliśmy sobie z „izoorto” i „ortochrom”, które pozwalały na obróbkę przy czerwonym świetle. Z tatą próbowaliśmy nawet swoich sił w fotografii kolorowej. Pamiętam, że niektóre odczynniki były trujące, a na etykietach znajdowały się poważne ostrzeżenia. Chodziłem do kółka modelarstwa lotniczego i na zajęcia z wycinania wyrzynarką, bez przerwy czytałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Kiedyż tu było zajmować się muzyką albo nauką?
Każdego lata, chyba po jednym turnusie, jechałem do obozu. W obozie było wiele sportowych i gierkowych rozrywek, ale ogólnie było tam mniej ciekawie niż na uralskim „Akakule”, czasami nawet ponuro. Pewnego razu podchodzi do mnie wielki chłopak w okularach i mówi: naucz mnie grać na skrzypcach!? Podobno słuchał mnie podczas występu w miejscowym zespole amatorskim, gdzie namówiono mnie, żebym coś zagrał. Widać olśniła go gra „wirtuoza” Olega Pugowkina i zapłonął, postanawiając przy okazji nauczyć się takiego błahego rzemiosła. W obozie dorabiał jako drużynowy i był ode mnie starszy o jakieś pięć lat, a może wydawał się taki stary, bo był bardzo postawny, nosił okulary, poruszał się statecznie i zupełnie bezczelnie palił. Jego rodzice okazali się jakimiś funkcjonariuszami bezpieki i wychowali go na człowieka niezwykle samodzielnego. Do tego stopnia, że od czasu do czasu wyciągał spod jakichś prześcieradeł i kawałków materiału, poukładanych stosami w ogromnej skrzyni, dwa imienne browningi — jego ojca i matki, oficerów NKWD. Na ulicę ich nie wynosiliśmy, ale obracaliśmy w rękach, pstrykaliśmy spustem i z zapałem „celowaliśmy” do wyimaginowanych wrogów. Ja z całą pewnością.
Na stole w jego pokoju zawsze leżała paczka tytoniu i pudełko z gilzami — pustymi, nie napełnionymi tytoniem papierosowymi tutkami. Była tam też maszynka do nabijania ich tytoniem w postaci dużego korytka-zasobnika na tytoń, z przymocowanym do niego króćcem z tłokiem, na który nakładało się gilzę. A ja w tym czasie ostatecznie skończyłem z paleniem, zresztą Oleg by mi na to nie pozwolił.
Krótko mówiąc, niemal codziennie — nie pamiętam już, po ile godzin czy minut — zacząłem „udzielać lekcji”. Gdybym tylko miał takie chęci i pilność! Dlaczegoś nie pamiętam, do jakiego poziomu doszliśmy, ale sprawa posuwała się bardzo powoli i beznadziejnie. Wciąż czekałem, aż ta katarynka mu się znudzi. Chociaż sam zacząłem sumienniej ćwiczyć w szkole muzycznej. Wreszcie granie samo zaczęło mi się podobać, zwłaszcza koncerty Vivaldiego i Akkolai. Przez dwadzieścia lat pamiętałem ich skomplikowane akordy i zdaje się, że gdybym teraz wziął skrzypce do ręki, pamięć wszystko by przywróciła. Nie, oczywiście, że nie. Pamiętam początek ballady skomponowanej przez Olega o mnie: „W muzycznej, w muzycznej fałsz brzmi, to Pietieńka na skrzypeczkach piszczy…”. Dalej następowała opowieść o tym, że mój nauczyciel głównego przedmiotu, Zamyckij, nie wytrzymuje strasznego fałszu i bije mnie po głowie. Swoją drogą, coś w tej balladzie odpowiadało smutnej rzeczywistości — byłem wyjątkowo leniwy i niesumienny. Trzeba było ćwiczyć po cztery godziny dziennie. A ja ćwiczyłem 15 minut przed lekcją. Ale kiedy Zamyckij był zadowolony i w dobrym humorze, wyciągał skądś ogromny kawał białego chleba, a na nim leżał płat sera gruby na pół centymetra. Bardzo gruby. Niespiesznie go odgryzał i po każdym kęsie obowiązkowo kładł go na klawiszach fortepianu.
W tomskiej szkole muzycznej po raz pierwszy grałem w dużej połączonej orkiestrze symfonicznej. Połączonej, ponieważ połowa instrumentów pochodziła ze szkoły muzycznej drugiego stopnia. Niezwykle wspaniałe było poczucie przynależności do zespołu bardzo poważnych młodych muzyków, którzy przy moim skromnym udziale tworzyli złożone dzieło. Ale pierwszym „utworem”, z którym zapoznaje się nowicjusza w orkiestrze, jest wspaniała melodia „do-re-mi-do-re-do” z repryzą, czyli powtórzeniem. Ostatnie „re” i „do” są dwa razy dłuższe od pozostałych nut. Tą frazą muzyk wyraża swój sprzeciw albo niezadowolenie. Na każdą okazję. A jeśli nie ma pod ręką instrumentu, nuty śpiewa się jak na solfeżu. Ta niepozorna melodia oznacza dosłownie: „do-ro-gi-to-waaa-rzyy-szu, idź-do-dia-bła…” Ale repryzy nigdy się nie stosuje. W całej swojej muzycznej karierze ani razu nie słyszałem powtórzenia.

Przypisy
-
Początkowych nazw miasto miało kilka, a jedną z najbardziej melodyjnych było osiedle Berjozki. W 1954 roku zamkniętemu miastu nadano nazwę Sewersk, jednak później w dokumentach, dla zachowania tajemnicy, zaczęto je nazywać Tomsk-7.
Ludzie nazywali miasto po prostu „Pocztowyj” — dlatego, że budowa kombinatu nosiła nazwę „Skrzynka pocztowa nr 5”.
Na rozkaz ministra spraw wewnętrznych do budowy kombinatu zorganizowano obozy pracy poprawczej. Więźniowie pracowali nie tylko przy obiektach przemysłowych; ich pracę wykorzystywano także przy budowie domów mieszkalnych i miejskiej infrastruktury. Przy budowie zamkniętego miasta i kombinatu pracowało około 20 tysięcy więźniów.
↩ -
1955. 28 czerwca. Syberyjski Kombinat Chemiczny w Tomske-7 wypuścił pierwszą partię uranowej broni.
↩ -
1955. 20 listopada. Na SChK uruchomiono pierwszy reaktor przemysłowy I-1.
Łącznie w Syberyjskim Kombinacie Chemicznym pracowało 5 reaktorów.
↩ -
Na miejscu przyszłego miasta w 1933 roku utworzono młodzieżową komunę pracy „Czekist” (później — kolonię pracy poprawczej nr 1 Sibłaga UITLiK NKWD ZSRR), która przekazała swoją nazwę osiedlu zamieszkanemu przez pierwszych budowniczych miasta. Ten rejon do dziś nosi swoją nazwę.
↩